Bo – jak mogliśmy przekonać się w Kijowie – nic nie niszczy politycznej przyszłości Majdanu bardziej niż pojawienie się w jego szeregach obozu narodowego. A zatem sprzeciw narodowców wobec Majdanu znacznie zwiększa jego prawdopodobieństwo oraz utrudnia możliwości jego stłumienia. Tak czy owak, Majdanu w Polsce na razie nie ma. "Ciężko żałować idioty, który na magika wybiera IV piętro niskiego budynku, "Kto nie skacze, ten z policji", "W ostatniej chwili złapał się krawężnika", "Nie żal mi go" - to tylko 34 views, 0 likes, 0 loves, 0 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from Be Fit Basta: Kto nie skacze ten Dokończ wedle uznania Strona 1 z 2 - Kto nie skacze ten ze Rządu hej hej - napisany w Zabawy forumowe | Spam Park: Idąc ku zdumieniu co robi nas rząd zabawiając się nami. Tym razem to i my się zabawimy ;] A więc skopiuj i wklej. Zobaczymy ilu was popiera Naszego D.T. skopiuj tekst: Kto nie skacze ten od Tuska Hej Hej,Kto nie skacze ten do Tuska Hej Hej,Kto nie skacze ten od Tuska Hej Hej,Kto nie skacze Kto nie skacze ten zamula!Jeśli będziecie chcieli moje specyfikacje PC, napiszcie w komentarzach :).Tagi:Farming Simulator Ls DIS 19 fend fent nova roselmac Ten kto nie skacze ten z Torunia hej hej 1 3 Odpowiedz . Pokaż odpowiedzi Sumar 18-06 23:34 Zgłoś komentarz. No kara musi być dla Torunia ale i tak ją rydz opłaci . Zadłużenie Specjalistycznego Szpitala Miejskiego w Toruniu sięgają w sumie 150 milionów złotych. Miesięcznie na odsetki lecznica wydaje pół miliona złotych. Czy ratunkiem dla niej może być cięcie kosztów spowodowane redukcją personelu? Na ostatniej sesji była mowa o sprawozdaniu finansowym tej placówki. Radni mieli wiele pytań. Obejrzyj: Tajemnice Twierdzy Toruń i innych miejsc w mieście Podczas lipcowej sesji toruńscy radni zajmowali się raportem finansowym Specjalistycznego Szpitala Miejskiego przy ul. Batorego. Jak już wcześniej informowaliśmy, w ubiegłym roku lecznica zanotowała rekordową stratę w wysokości niemal 38 milionów lekarzy na hematologii w Toruniu. Czy jest się czego bać? Co z pacjentami?Będzie Oddział Hematologii w szpitalu na Bielanach w Toruniu?Lekarze odchodzą z Oddziału Hematologii w Toruniu. Kto będzie leczył pacjentów?Dramat na hematologii w Toruniu. Pacjenci protestowali przed szpitalem miejskimCo wpłynęło na taki wynik? Krótkie sprawozdanie przedstawił radnym wiceprezydent Paweł Gulewski. W porównaniu z rokiem 2020 koszty ogólne wzrosły o ponad 50 milionów złotych, w tym na sam tylko zakup usług zewnętrznych lecznica wydała 20 milionów zł. Koszty osobowe wzrosły o ponad 45 procent, czyli 17 milionów złotych. Na zakup materiałów i energii trzeba było wydać o ponad 9 milionów złotych więcej niż w roku wynoszą w sumie długi Specjalistycznego Szpitala Miejskiego?W sumie, na koniec 2021 roku zobowiązania krótkoterminowe szpitala wynosiły prawie 55 milionów złotych, zaś długoterminowe przekraczały 91 milionów złotych. Zobowiązania wymagane były szacowane na ponad 11 milionów złotych. W szpitalu został przeprowadzony audyt, którym zajęła się zewnętrzna firma. - Pokaże on jasno, w jakich kierunkach powinien rozwijać się szpital i na jakich zasadach przeprowadzić restrukturyzację zadłużenia. Mamy nadzieję, że podstawowe informacje będziemy mogli przekazać państwu jesienią - informował radnych wiceprezydent najlepsze grupy lokalne na Facebooku:Bieżące wypadki i utrudnienia w Kujawsko-PomorskiemGdzie dobrze zjeść w Toruniu i okolicach?Toruń Retro! Sport w Toruniu Jesienią również dyrekcja szpitala powinna przedstawić program naprawczy. Kolejny, bowiem szpital przynosi straty od lat. - Można powiedzieć, że to niekończąca się historia. Co roku dyskutujemy na temat straty, co roku mówimy, że powstanie plan naprawczy i że będzie lepiej, ale niestety, z roku na rok strata rośnie - rozpoczął dyskusję radny Łukasz Walkusz, przewodniczący klubu radnych Koalicji Obywatelskiej. - To bez wątpienia niepokoi. Pytałem na komisji budżetu, jak mamy zamiar sobie z tym poradzić, jednoznacznej odpowiedzi w zasadzie nie dostałem. Wszystko wskazuje na to, że będziemy szli utartą ścieżką. Tak jak rok temu padnie propozycja udzielenia szpitalowi pożyczki, będzie zapis do kiedy szpital będzie musiał pożyczkę oddać. Wszyscy jednak wiemy, że zwrócić jej nie będzie w stanie. Czy dziś na tej sali usłyszymy od kogoś kompetentnego, co zamierzamy zrobić, aby ten wzrost zahamować? Odezwał się wiceprezydent Paweł Gulewski prosząc, aby radni poczekali na wynik audytu. Dokument składa się z dwóch części: diagnozy i rekomendacji. W jednej jest mowa o tym jak jest, a w drugiej jak być powinno, aby było są oprocentowane szpitalne kredyty?Radny Maciej Krużewski (KO) pytał, jak są oprocentowane kredyty długoterminowe, których suma - przypomnijmy - przekracza 90 milionów złotych. Poprosił także o informację, ile lecznica wydaje miesięcznie na odsetki. Ryszard Blank, współautor sprawozdania finansowego szpitala wyjaśnił, że spłat odsetek kosztuje pół miliona złotych, zaś na oprocentowanie pożyczek składa się WIBOR oraz prowizja podmiotów udzielających pożyczek. Prowizje wynoszą od 3,1 do 4,05 Kto jest podmiotem udzielającym pożyczek? Są to instytucje bankowe, państwowe, czy też firmy pożyczkowe? - pytał Michał Jakubaszek (PiS)- Firmy pożyczkowe - odparł Ryszard dyskusji włączył się Łukasz Walkusz, którego ta odpowiedź zaniepokoiła. Radny przypomniał, że w przypadku szpitala w Grudziądzu pożyczek najpierw udzielały banki, później firmy pożyczkowe, a skończyło się na jaki sposób są zabezpieczone pożyczki szpitala?- Pożyczki są zabezpieczone wekslami in blanco, wraz z deklaracją pożyczkową co nie jest zbyt bezpieczne - zapytał rany Bartosz Szymanski (KO), który przestudiował sprawozdanie. - Czy nie można było tego robić w inny sposób?Ratujmy hematologię! "Życie i zdrowie pacjentów zagrożone". Jest apel do prezydentaAkcja "Łowców pedofilów" w Toruniu. Zatrzymali dwóch mężczyzn. Znamy szczegóły!Co dalej z hematologią w szpitalu miejskim w Toruniu? Toruń. Śmierć pacjentów hematologii. Szokujące zeznania o zaniedbaniach w szpitalu!- Była to jedyna możliwość - odpowiedział Ryszard Blank. - Banki wymagają różnego rodzaju innych zabezpieczeń, których szpital nie Krużewski zapytał o punkt krytyczny na tej drabinie zadłużenia. Otrzymał odpowiedź, że praktycznie, co by się nie działo, szpital będzie działać nadal, a punkt krytyczny być może wskaże przeprowadzony szpital egzekwuje należności z NFZ?Problemy finansowe miejskiej lecznicy od lat biorą się stąd, że Narodowy Fundusz Zdrowia nie płaci za wszystkie wykonane w szpitalu zabiegi. Radni pytali, jak pod tym względem sytuacja w tej chwili wygląda. Usłyszeli, że za nadwykonania przeprowadzone w pandemicznych latach 2020 i 2021 NFZ jest winny szpitalowi dwa miliony złotych, zaś na rozliczenie ma czas do 2023 A jeśli chodzi o lata wcześniejsze? - pytała Margareta Skerska-Roman (KO) - Jeśli są to świadczenia okresowe, to jeśli się nie mylę, po trzech latach się przedawniają. Czy w tym przypadku tak jest?- Obecnie takie postępowania w stosunku do NFZ nie są prowadzone - odparł Nie są prowadzone, ponieważ NFZ zapłacił za wszystko? - dopytywała Nie zapłacił za wszystkie nadwykonania, ale nie można ich już rozliczyć - odpowiedział Ryszard Blank. Radni pytają: Co się wydarzyło na Hematologii?W dyskusji na temat kondycji szpitala nie mogło również zabraknąć wątku na temat sytuacji na Oddziale Hematologii. Przypomnijmy, że po konflikcie z dyrekcją w czerwcu cały jedenastoosobowy zespół lekarzy specjalistów Oddziału Hematologii i Transplantacji Szpiku zakończył współpracę ze szpitalem. O wyjaśnienia w tej sprawie poprosił dyrektorkę szpitala radny Łukasz Oddział funkcjonuje normalnie, przyjmuje pacjentów - odparła dyr. Justyna Wileńska. - Za pierwsze półrocze 2022 roku przyniósł stratę, podobnie jak za rok 2021. Wtedy było to 10 milionów 339 tysięcy złotych, co stanowiło 28 proc. zadłużenia szpitala. Postanowiliśmy więc podjąć działania, które będą minimalizowały straty. Lekarze podpisali umowę z dyrekcją szpitala na pół roku. Zażądali wyższej o 25 proc. stawki wynagrodzenia. W związku z tym, że szpital tonie w długach nie mogłam pozwolić na to, aby dodatkowo przyczynić się do większego że w trakcie sporu lekarze zrezygnowali ze wszelkich roszczeń finansowych. Chcieli pracować dalej w tym samym składzie, z tym samym ordynatorem. Wybuch przy ul. Wybickiego w Toruniu. Jak dziś wygląda miejsce katastrofy? Toruń. Ochrona zieleni na placach budowy to fikcja? [zdjęcia]Jest przełom w sprawie! Hematologia od 1 sierpnia w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym Ile zarabiają dyrektorzy podlegli prezydentowi Zaleskiemu? Szefowa szpitala na czele!Radni pytali, skąd wzięła się tak duża strata oddziału i poradni hematologicznej. Chcieli także wiedzieć, czy nowy, znacznie mniejszy zespół lekarzy podoła wszystkim Zatrudnianie dużej liczby lekarzy powoduje obciążenie finansowe zarówno oddziału jak i poradni - odpowiadała Justyna Jeśli dobrze rozumiem tą wypowiedź, zatrudnienie 10 hematologów i transfuzjologów było dla szpitala zbyt dużym obciążeniem, w związku z tym szpital zatrudnił dwóch hematologów i uzupełnił to internistami? Mam w związku z tym jeszcze jedno pytanie, czy nadal istnieje Poradnia Immunologii Transfuzjologicznej? - interesował się Maciej Aktualnie została przeniesiona do Bydgoszczy, było tam 21 pacjentów - odpowiedziała dyrektor Do innego szpitala? - dopytywał Tak - padła Czy dwóch specjalistów wystarczy do prowadzenia skomplikowanych przeszczepów szpiku itp - pytała Margareta Mamy również zatrudnionego transplantologa oraz osoby wspierające przeszczepy - odpowiadała Justyna KO to nie uspokoiło. Zaczęli się dopytywać, czy inne oddziały także przynoszą straty i czy dyrekcja ma zamiar postąpić z nimi tak jak z hematologią?- Tak, inne również przynosiły stratę - odparła dyrektor Wileńska. - W drugiej kolejności jest Oddział Chirurgii Ogólnej. Audyt mówi o połączeniu Chirurgii z Urologią, zmniejszeniu liczby łózek i personelu. Rozmawiamy na ten temat z pracownikami szpitala, jak również dyrektorem medycznym i koordynatorami oddziałów. Jakich odpowiedzi radni nie znaleźli w sprawozdaniu?Swoimi wątpliwościami w imieniu całego klubu KO podzieliła się również radna Krystyna Żejmo-Wysocka, przewodnicząca Komisji Zdrowia i Rodziny w Radzie Miasta, a poza nią dyrektor Departamentu Spraw Społecznych w Urzędzie Dlaczego, pracując w komisji tyle lat, miałam tyle wątpliwości analizując sprawozdanie finansowe szpitala? Duża strata zaniepokoiła mnie jak wszystkich. Niepokoi nas również to, że pewnych rzeczy z tego sprawozdania nie jesteśmy w stanie wyłuskać. Nie dowiedziałam się na przykład, w czym pomogła państwu udzielona rok temu pożyczka. Nigdzie też nie mogłam się zorientować, w jaki sposób szpitalowi pomogły wcześniejsze programy naprawcze? Wobec tego ja nie mogę zagłosować nad przyjęciem tego wypowiadali się również klubowi koledzy Krystyny Żejmo-Wysockiej. Maciej Krużewski mówił o sprzecznościach jakie w raporcie dostrzegł. Piotra Lenkiewicza zaniepokoiło to, że wszyscy czekają na werdykt firmy zewnętrznej, która wskaże granicę, po przekroczeniu której pozostanie już tylko wyłączyć w szpitalu Co się stało z astrolabium z placu Armii Krajowej. Miało iść do renowacji...Toruń. Dworzec Północny zmieni właściciela. I nie tylko onDlaczego prace przy budowie pawilonów na toruńskim bulwarze nie zostały przerwane?Sprawca śmiertelnego wypadku na Szosie Chełmińskiej jednak trafi do więzieniaGłos w dyskusji zabrał także przewodniczący klubu prezydenckiego Jarosław Beszczyński. Z rozbrajającą szczerością przyznał, że chociaż zasiada w Radzie Społecznej Specjalistycznego Szpitala Miejskiego, to się na tych sprawach nie zna. Ufa jednak kompetencjom Krystyny Żejmo-Wysockiej (która jednak w radzie nie zasiada). Radny zaapelował o rozmowy w sprawie przyszłości głosowali radni?Rada miasta ostatecznie przyjęła sprawozdanie finansowe szpitala, ale nie była jednomyślna, co w obecnej kadencji jest zjawiskiem rzadkim. Przeciw przyjęciu sprawozdania zagłosowali Bartosz Szymanski i Piotr Lenkiewicz, pozostali członkowie klubu KO (poza nieobecnym Bartłomiejem Jóźwiakiem) wstrzymali się od głosu, podobnie jak Karol Maria Wojtasik z PiS. Jego koleżanki i koledzy z klubu opowiedzieli się za, podobnie jak radni ugrupowania prezydenckiego, poza nieobecnym Janem ofertyMateriały promocyjne partnera Bartłomiej Wnuk: Część kibiców toruńskich wypomina panu, że jeżdżąc we Włókniarzu Częstochowa podskakiwał pan i wykrzykiwał Kto nie skacze, ten z Torunia. Po pańskim transferze do tego klubu niektórzy fani otwarcie wyrażali niechęć do pana. Idolem kibiców raczej pan nie Łaguta: Przecież nie kłamałem. Nie pochodzę z Torunia, nie mieszkam w Toruniu i dlatego tak śpiewałem. Poza tym trzeba też na to tak spojrzeć, że jak skakał cały stadion w Częstochowie, tysiące ludzi, to co ja miałem zrobić? Sam stać? Zachowywałem się tak, jak w danej sytuacji trzeba było. Nie wydaje mi się, by ktoś mógł mieć do mnie o to pretensje. Jak będę na Motoarenie, to skakać do tej piosenki już na pewno nie będę. No chyba, że cały stadion będzie śpiewał i podskakiwał do innej przyśpiewki, wtedy ja też chętnie się przyłączę. Prezes Marta Półtorak powiedziała jakiś czas temu, że do twarzy panu w plastronie klubu z Rzeszowa. Mówiło się, że był pan już dogadany z działaczami Stali. Co zadecydowało, że wybrał pan jednak Toruń?Grigorij Łaguta: Przede wszystkim bardzo dziękuję firmie Nice. Znam tych ludzi już wiele lat i to właśnie dzięki nim o wiele łatwiej było mi się dogadać z klubem z Torunia. Bardzo chciałem jeździć w Toruniu i to od dawna. Podoba mi się to miasto, a tor jest fantastyczny. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałem do Torunia, kiedy jeździli tutaj Tony Rickardsson czy Jason Crump, którzy zdobywali mistrzostwo świata. Od tamtego momentu chciałem reprezentować barwy tego klubu. Tory w Częstochowie i Toruniu sprzyjają walce na całej szerokości. Na częstochowskim owalu czuł się pan jak ryba w wodzie. Czy podobnie będzie na Motoarenie?Grigorij Łaguta: Myślę, że było widać po moich wynikach na Motoarenie, kiedy tu przyjeżdżałem, że nie miałem żadnych problemów. Motoarena jest świetnym obiektem, na którym można się naprawdę dobrze pościgać. Dużo nowego da mi też zmiana otoczenia. Potrzebowałem tego po ostatnim sezonie. Na co pana zdaniem stać w przyszłym sezonie zespół toruński?Grigorij Łaguta: Zobaczymy. Mamy nową drużynę, będziemy walczyć o każdy metr toru. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy w takiej formie, która pozwoli nam zawsze walczyć o zwycięstwo, a przede wszystkim o mistrzostwo Polski. Naprawdę wierzę, że możemy to zrobić, bo mamy świetny i waleczny zespół. W żużlu nie wszystko zależy od zawodników, ale też od przygotowania sprzętowego. Jak na razie nigdy nie miałem z tym kłopotów i nawet ewentualna zmiana tłumików nie powinna na to wpłynąć. Wygrana nawet różnicą kilkudziesięciu punktów nie zadośćuczyni słabego sezonu w wykonaniu Włókniarza, który przecież w pewnym momencie był jednym z głównych kandydatów nie tylko do fazy play-off, ale nawet wedle opinii wielu ekspertów - do ścisłego finału. Główna w tym zasługa kapitalnych juniorów, którzy przy wyrównanej formacji seniorów mieli robić różnicę na korzyść "Lwów". I o ile ci najmłodsi nie zawiedli - mało tego, wielokrotnie "ciągnęli" wynik drużyny, o tyle reszta spisała się poniżej oczekiwań. Deja vu z poprzedniego sezonu? Jak najbardziej. Starcia częstochowsko-toruńskie zawsze lub prawie zawsze dostarczały wielu emocji już przed pierwszym biegiem. Ale byłoby zakłamaniem stwierdzić, że w niedzielny wieczór będzie podobnie. Ten mecz nie ma praktycznie żadnego napięcia. Jedni i drudzy mogą praktycznie myśleć już o wakacjach, mimo że czysto teoretycznie torunianie nie są jeszcze pewni utrzymania. Można zastanowić się nad frekwencją podczas tej konfrontacji. Z jednej strony to ostatnie spotkanie w tym sezonie. Kolejne dopiero w okolicach kwietnia przyszłego roku. To bardzo duży argument, aby zawitać na stadion przy ul. Olsztyńskiej. W myśl powiedzenia "kibicem się jest, a nie bywa" wielu sympatyków przyjdzie zobaczyć najprawdopodobniej efektowny triumf miejscowych i być może kilka emocjonujących wyścigów. Są też tacy, którzy nie wyznają tej zasady i po prostu dojdą do wniosku, że mecz "o pietruszkę" ich nie interesuje. Jedno jest pewne. Bez względu na liczbę fanów na trybunach, będzie można usłyszeć popularną przyśpiewkę "Kto nie skacze, ten z Torunia". To już tradycja, że kibice Włókniarza wykonują ją na każdych spotkaniach, a co dopiero w bezpośredniej rywalizacji z Apatorem. Dla jednych to fajna zabawa i lekki przytyk w nos rywala, dla drugich kicz i tandeta, ukazująca kompleksy z jakiegoś powodu. Ot, kwestia gustu. Na trybunach powinno być zatem wesoło, a na torze? Wydaje się, że mecz toczyć będzie się do jednej bramki, tym bardziej, że przyjezdni zawitają bez kontuzjowanego Pawła Przedpełskiego. To spora strata, bo wychowanek Apatora w tym sezonie spisuje się dobrze, a dodatkowo niedawno bronił barw Włókniarza, podobnie jak Adrian Miedziński. Tego drugiego zobaczymy przy Olsztyńskiej. W formacji młodzieżowej Włókniarz powinien dzielić i rządzić. W przypadku seniorów jest więcej znaków zapytania. W tym sezonie praktycznie nikt nie jest pewniakiem do zdobywania dużej liczby punktów, może poza Leonem Madsenem, któremu zdarzają się pojedyncze wpadki. Kacper Woryna i Bartosz Smektała to chodzące definicje chimeryczności, a w przypadku Fredrika Lindgrena ów słowo to eufemizm. Szwed zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Grand Prix, co... frustruje wielu fanów Włókniarza, w barwach którego doświadczony Skandynaw po prostu zawodzi. I nie będzie żadnym zaskoczeniem jak na przedmeczowej prezentacji usłyszymy porcję gwizdów w jego stronę. Dużą przesadą jest stwierdzenie, że to Lindgren i tylko Lindgren zawalił Włókniarzowi sezon, lecz to właśnie on był najczęściej obarczany winą. Wielu kibiców z pewnością zastanawia się dla kogo ten mecz będzie pożegnaniem z częstochowską publicznością? Czy Jonas Jeppesen dostanie kolejną szansę w 2022 roku? Co z duetem Smektała-Woryna. No i wreszcie pytanie czy uda się zatrzymać rozchwytywanego Miśkowiaka, o którego bije się pół Ekstraligi. Wydaje się, że odpowiedzi na te pytania są w tym momencie o wiele ważniejsze niż końcowy rezultat starcia z Apatorem. Wszak co by się nie wydarzyło na częstochowskiej agrafce, fani klubu spod Jasnej Góry i tak będą skakać. No może poza tymi, którzy akurat mieszkają w Toruniu... ELTROX WŁÓKNIARZ CZĘSTOCHOWA - EWINNER APATOR TORUŃ Niedziela ( godz. 19:15 (transmisja nSport+) [WŁÓKNIARZ]: 9. Kacper Woryna, 10. Bartosz Smektała, 11. Fredrik Lindgren, 12. Jonas Jeppesen 13. Leon Madsen 14. Mateusz Świdnicki 15. Jakub Miśkowiak [APATOR]: 1. Jack Holder, 2. Chris Holder, 3. Paweł Przedpełski 4. Adrian Miedziński 5. Petr Chlupac 6. Krzysztof Lewandowski 7. Karol Żupiński [Sędziuje:] Michał Sasień [1. mecz]: 49:41 dla Włókniarza NASZ TYP: 55:35 Tuż po tegorocznym barażu napisałem felieton. Pewien Redaktor obiecał mi na Gali PGE Ekstraligi, że go opublikuje, choć zastrzegłem, że będzie wobec niego, i nas samych – dziennikarzy, krytyczny. W odpowiedzi, przy świadku, usłyszałem, że Redaktor nie ma z tym problemu i chętnie przyjmie konstruktywną dyskusję. Kiedy jednak wysłałem tekst, zmienił zdanie i poinformował mnie, że felieton nie pójdzie. Złagodziłem więc jego ton, ale Redaktor decyzji nie zmienił. Przyjąłem argument, że nie życzy sobie na prowadzonym przez niego portalu takich uwag. Uszanowałem to, a może nawet trochę zrozumiałem. Zresztą – nie miałem wyjścia. I pewnie schowałbym go do szuflady, gdyby nie seria niezwykle niesprawiedliwych i bolesnych dla wielu ludzi artykułów o Motorze Lublin na tymże portalu. Ale nie o Motor chodzi, a o sprawę. Motor był tylko zapalnikiem i pozostaje przykładem, oraz punktem wyjścia do dyskusji o problemie, który może spotkać każdy klub lub Zawodnika. Zaznaczam, że tekst powstał długo przed tą zastanawiającą, szkalującą kampanią. Napisałem go w okresie finałowo – barażowym, kiedy przez jakiś czas czytywałem ów portal. Uprzedzając ew. zarzuty o obronę klubu, z którym jestem emocjonalnie związany, podkreślam, że nie było w nim nawet najmniejszej wzmianki o Motorze. Zszokowały mnie słowa odnoszące się do Zawodników innych drużyn i atmosfera, w jakiej oceniano ich jazdę, charakter i podsumowywano decyzje Kibiców, którzy wybierali laureatów Gali. To, co wydarzyło się później na ww. portalu, oraz kilka długich rozmów z Redaktorem, skłoniło mnie do publikacji pełnego tekstu mojego felietonu poniżej. W głowie nie mieści mi się, jak można w tak obrzydliwy sposób nie tyle nie doceniać, co choćby nie szanować ciężkiej pracy wielu „Motor popełnił błąd awansując do PGE Ekstraligi?” „Motor źle zabrał się za transfery i został z ręką w nocniku” „Mecze Motoru przykro będzie oglądać. Jest dużo słabszy niż rok temu Unia”Teraz uwaga jeszcze bardziej. wysyłam Redaktorowi felieton. Co następuje: „Pawlicki i Lindbaeck nie dali się skusić Motorowi” „Motor nie wygra nawet na swoim torze?” „Motor nie powinien był się pchać do Ekstraligi. Popełnił błąd” „Domowy tor ostatnią nadzieją Motoru”Uwaga po raz trzeci. Napisałem złagodzoną wersję felietonu, żeby uruchomić jakąkolwiek refleksję nad tym, co się wypisuje i długo, bezskutecznie namawiam Redaktora do publikacji. Podziałało, ale nie w tę stronę: „Beniaminek głównym kandydatem do spadku. Z takim składem Motor daleko nie zajedzie” „Skład Motoru zamknięty. Trzeba liczyć na dwa małe cudy. Unia Tarnów była silniejsza” „Motor zbudował skład na pierwszą ligę. Potrzebny cud”To tylko tytuły, lub ich fragmenty. W tekstach - „Z tego, co miał w tym roku Motor to tylko Wiktor Lampart nadaje się na ten najwyższy poziom.” - „Motor znał sytuację na rynku, gdy jechał w finale z ROW-em. Wiedzieli, co jest grane. Dla mnie ROW był lepiej przygotowany na Ekstraligę.” - „Nawet jakby po awansie mieli zostać Szczepaniak z Lebiediewem, to wyglądałoby to sto razy lepiej niż Motor.” - „Motor ma pecha do krótkowzrocznych działaczy.” - „Uważam, że [Motor] powinien odpuścić. Tak twierdzę, bo rok jazdy w Ekstralidze może bardzo zaszkodzić Motorowi. Łomot w niemal każdej kolejce zawróci klub w rozwoju o lata świetlne.” - „Motor nie ma żadnej koncepcji. Naprawdę boję się o ten ośrodek. Jak wytrzymają to lanie i czy po roku nie odechce im się żużla.” - „Dla mnie ROW był lepiej przygotowany na Ekstraligę. Tam są zręby.” - „Współczuję telewizji, która będzie musiała pokazać wyjazdowe mecze lublinian. Zawsze można wyłączyć telewizor.”Pomijając to, że wiele faktów było wyssanych z palca, wiele liczb nieprawdziwych i wiele nazwisk, do których rzekomo dzwoniono z Lublina, wyjętych z zielonego lasu – to przecież tylko kwestia dziennikarskiej rzetelności – poraża mnie coś innego. Powyższe cytaty zaczerpnąłem z jednego, powtarzam: JEDNEGO artykułu! Określić to wiadrem pomyj wylanych na klub, to za mało. I nie obchodzi mnie, że część tych fraz to przytaczane słowa „ekspertów”, bo to do dziennikarza należy ich wybór i ton, w jakim opisuje dany problem, oraz w jakim nastroju proponuje debatę. Cytat nie jest tu żadnym argumentem, ani usprawiedliwieniem. Jeśli Sebastian Niedźwiedź powiedział, że „pojechał jak p...a”, to znaczy, że ja mogę swobodnie używać tego sformułowania w trakcie komentowania wyścigów? Nie, nie mogę. Dlaczego? Bo myślę. Tu nie chodzi tylko o Motor, bo zdecydowana większość dumnych Lubelaków ma na teksty Redaktora to, co Pan Krzysztof Mrozek… Ale co to znaczy, że Motor jest słabszy nawet od Unii Tarnów? A Unia to co, jakiś odpad, czy może mega waleczna drużyna, która dała nam w tym roku tak wiele emocji? Co znaczy, że „nawet jakby mieli zostać Szczepaniak z Lebiediewem”? To Mateusz Szczepaniak i Andrzej Lebiediew są jakimiś półzawodnikami, w dodatku bez imion? Co znaczy, że ROW miał „zręby”? Nieśmiało zauważam, że te „zręby” w sportowej walce przerżnęły z Motorem trzy z czterech meczów w tym roku, w tym decydujący o awansie różnicą 16 punktów. Te ekstraligowe „zręby” nie potrafiły też wygrać żadnego meczu z przedostatnim w lidze Falubazem i to bez kontuzjowanego lidera, Patryka Dudka. Co znaczy, że „Motor ma pecha do krótkowzrocznych działaczy”? Ludzie, którzy wyciągnęli klub ze zgliszcz organizacyjnych i finansowych, zbudowali składy, które zdemolowały obie ligi i w dwa lata awansowały do PGE Ekstraligi, są słabymi działaczami??? Czegoś nie rozumiem. Odkopano z czeluści prężny ośrodek żużlowy, wszyscy Zawodnicy chwalą sobie jazdę w klubie, nikt nie ma zaległości finansowych, a Kibice ze Speedway Euphoria zebrali 580 litrów krwi dla potrzebujących! Może warto byłoby zrobić szum wokół tego? I najważniejsze – Motor w sezonie 2019 nie przegrał jeszcze żadnego meczu. Oczekiwanie, napięcie, dreszcz emocji przed inauguracją, odliczanie dni do tego, na co całe Miasto czekało 24 lata – to jest wielka radość, o której Lublin tak długo marzył. To powinien być najbardziej radosny czas od ćwierćwiecza! Niezależnie od tego, czy Motor zadomowi się w Ekstralidze na sto lat, czy spadnie po roku – po jaką cholerę uprzykrzać Lubelakom ten magiczny, wytęskniony czas? Podobną radość przeżywano niedawno w Tarnowie, Grudziądzu i Rybniku. Motor będzie walczył! I dajmy mu walczyć. Na torze, a nie w jakichś bzdurnych artykułach. Mocno wierzę, że Kibice udowodnią, jak bardzo kochają ten sport. I że będą zawsze z drużyną. Że docenią charaktery, waleczność i oddanie swoich Zawodników. A jakie to da wyniki? Ja, w przeciwieństwie do Redaktora, nie mam pojęcia i strasznie mi z tego powodu dobrze. Bo na tym, do jasnej ciasnej, polega sens sportu! Właśnie. Dziwię się, jak dwóch ludzi zajmujących się ukochaną dyscypliną, może tak biegunowo odmiennie pojmować sport i istotę rywalizacji?! Jak do głowy może komuś przyjść sformułowanie, że „należało odpuścić awans”?! To tak niedorzeczne, że aż strach. Cóż, albo ktoś był/jest sportowcem i dałby się poharatać za pokonanie przeciwnika na torze, czy jakimkolwiek boisku, niezależnie od tego, czy jedzie o mistrzostwo świata, czy gra mecz międzyblokowy, albo ktoś nigdy tego nie czuł i nie rozumie, czym w ogóle jest sport, miłość do wygrywania. „Odpuścić awans”… żenada. Kim wtedy byliby działacze, którzy zaproponowaliby zawodnikom takie rozwiązanie i jakie artykuły na ich temat by powstały? Byliby skończonymi bałwanami działającymi wbrew sportowemu duchowi. No i oszustami. Jestem zdumiony radą Redaktora, by oszukiwać w sporcie. Na koniec tego przydługiego wstępu jeszcze raz zaznaczam, że tu nie chodzi o obronę Motoru. Chodzi mi i zawsze będzie chodzić o każdy klub/człowieka, któremu z premedytacją wyrządzana jest krzywda. Teraz padło na Lublin, za rok to może być Gdańsk, Łódź, Gniezno… każdy z zaplecza i 2 Ligi. Nie chodzi mi o pewną estetykę języka. Ja nie czepiam się szukania newsów, sensacji – to praca nas wszystkich, dziennikarzy. Czepiam się tonu i nastroju, w jakim budowane są niektóre opowieści. Każdy fakt można przedstawić złośliwie, albo w cywilizowany sposób. Rzetelny tekst, albo agresja i zniewaga - to jest wybór dziennikarzy. Wiem, że niewiele mogę ponad to, by nie pozostawać głuchym i obojętnym. A może to nie tak mało? Nie pozwolę sobie po prostu na to, by kiedyś mieć do siebie żal, że nie zareagowałem. To wyłącznie moja opinia, jestem jej pewien i będę bronił swojego stanowiska. Mogę nawet wziąć się z kimś za łby, nie ma problemu – może taką polemiką Kibice akurat by się zainteresowali? Tych, którzy doczytali aż do tego momentu i nie mają dosyć, zapraszam na felieton, który napisałem po barażowym rewanżu ROW – Falubaz. TYLKO MOTOR: Advocatus (d)Jaboli Czegóż tam nie było?!? Spaliśmy na dziko, straszyliśmy kakadu, a dzikie kangury straszyły nas. Łamaliśmy zakazy, wjeżdżaliśmy motorami na klify, piliśmy młodzieżowe ilości najtańszego wina, wkręcaliśmy przerażonych turystów, że spadamy w przepaść, wbijaliśmy na krzywy ryj (jeden kudłaty, drugi łysy, jak kolano) do boksu Marca Marqueza podczas MotoGP na Phillip Island, przebieraliśmy się w samolocie w motocyklowe zbroje i rozśmieszaliśmy stewardessy. Ale to nie jest ważne. Najważniejsze, że przez dziewięć dni właściwie non stop się śmialiśmy. Korzystając z SGP w Melbourne, ruszyliśmy w tygodniową motocyklową podróż po Australii. Zatrybiło. A to wcale nie jest takie oczywiste. Bo, żeby jechać z kimś motorem przez tydzień, należy zgrać się na wszystkich płaszczyznach. A najtrudniej zgrać się na tych najprostszych: trzeba podobnie jeździć, mieć podobne wymagania i zbliżoną wytrzymałość (na niską temperaturę i ludzką głupotę), podobnie jeść i wydawać podobne pieniądze. Łatwe? Tylko w teorii. My zgraliśmy się fantastycznie. Na tyle dobrze, że nagrań z tego wyjazdu do dziś nie mogą obejrzeć ani Sylwia, ani Ewcia, ani nikt inny. To wciąż tylko nasze wariactwo. Kufer pełen szalonych wspomnień dwóch dobrze zgranych ludzi, którzy na chwilę zapomnieli, że są budziki, telefony i podatki. Już wcześniej skomentowaliśmy wiele imprez, dobrze się ze sobą bawiąc, ale to właśnie w Australii poznałem Mirasa Jabłońskiego. Dobrego kumpla. Godzinami rozmawialiśmy o życiu, rodzinach, ambicjach, błędach, grzechach i sukcesach. Dzisiaj wiem, że mogę liczyć na Mirka, tak jak on może liczyć na mnie. Wiem, że jest po prostu dobrym człowiekiem i tu można tak naprawdę skończyć jego opis. Po co dodawać, że bezgranicznie kocha swoją rodzinę, że bezinteresownie i po cichu pomaga innym ludziom, że zdrowo patrzy na sport? Z żoną Sylwią uwielbiają psy. Widok Mirasa, który rano kotłuje się z nimi na trawniku przed domem, jest doprawdy boski. Każdą wolną chwilę chce spędzić z dziećmi, które rosną na porządnych sportowców. Poświęca im mnóstwo czasu, angażuje w zajęcia fizyczne i akcje dobroczynne, uczy bycia przyzwoitym. Jest dobrym mężem i kapitalnym ojcem. Naród ma z nim jednak mnóstwo kłopotów… Bo niby jak może oceniać jazdę zawodników z Grand Prix, skoro ma dwudziestąktórąśtam średnią w pierwszej lidze?!? Kim on w ogóle jest i co osiągnął, żeby to robić? Niech się głupkowato nie śmieje, bo z tym ryczącym Dryłą robią z siebie większych idiotów, niż naprawdę są! I to jest właśnie część problemu, o którym dzisiaj. Słyszę/czytam zarzuty dotyczące Jabola i ten pada najczęściej. A przepraszam, czy piłkę komentują sami najlepsi kopacze w historii polskiego futbolu, sami mistrzowie świata i zwycięzcy Ligi Mistrzów? Dawno nie słuchałem, ale jestem niemal pewien, że nie. Mi przy mikrofonie w ogóle nie jest potrzebny największy mistrz żużla w historii; ja potrzebuję fachowca i osobowości. U Jabola imponuje mi jego spostrzegawczość, swoboda wypowiadania się i lekkość w obrazowym przekazywaniu myśli cennych dla każdego obserwatora. No i chęć, zapał do pracy. I to się dla mnie liczy. Jakość transmisji. Na żużlu jeździ kupę lat i zna się na tym. Co nie znaczy, że jest najlepszym zawodnikiem. A czy jest, to mi akurat wisi. Chciałbym, żeby każdy widział tyle, co on i potrafił choć w części tak lekko i zrozumiale wyjaśnić to naszym Widzom. A ile razy Miras otwarcie, z humorem i rozbrajającą szczerością mówił o tym, jak bardzo chciałby jeździć przynajmniej w połowie tak dobrze, jak o tym opowiada? Dystans, świadomość, wiedza, komunikatywność – moim zdaniem ma wszystko, żeby porządnie komentować. I będę go bronił. Bo smutno mi, kiedy niesłusznie dostaje po dupie, samemu bronić się nie mając jak. A czy ktoś wie, ile razy odmówił wizyty przy pulpicie, bo akurat miał zaplanowany dodatkowy trening indywidualny? Bo w Starcie nie szło. Jak rezygnował ze współpracy w obawie przed negatywnymi komentarzami? Albo jak przybiegł na stanowisko kwadrans przed pierwszym wyścigiem i powiedział „Przepraszam. Wczoraj nie miałem głowy, żeby odwołać, a dziś nie chciałem ci już robić kłopotów, więc przyjechałem. Ale wybacz, jak coś będzie nie halo, bo myślami jestem gdzieś indziej. Córka poważnie mi zachorowała…”. I to naprawdę była – i jest! – poważna choroba. Dla ojca rzecz najgorsza. Potem pojechał bardzo słaby mecz. Więc poszedł hejt. Bo co kogoś obchodzi jakaś tam córka… Nie chciałem publikować tego tekstu w trakcie sezonu, żeby uniknąć oskarżeń o obronę jednego, lub drugiego zawodnika. Bo to nie jest tekst o Mirosławie Jabłońskim. Naprawdę. To jest tekst o świadomości, umiarze i szacunku. Uwielbiamy ostre wyścigi, twardą rywalizację, szalone ataki i jazdę na pełnym ryzyku. Zgoda. Ale na tych motorach siedzą żywi ludzie. Ze swoimi problemami, niedoleczonymi kontuzjami, niewyspani, z bólem zęba, albo odpadającą ręką. Ze swoim strachem… Każdy z nich ma bliskich, swoje rozterki i obawy, swoje lepsze i gorsze momenty w życiu. A niektórzy – swoje demony z tyłu głowy. I zdziwilibyście się pewnie, którzy. Wiecie na przykład, kto w tym sezonie jeździł z zapaleniem ucha i kiedy wkręcał gaz pod taśmą, to niemal mdlał z bólu? Komu po kolejnej operacji oszalał organizm? Krew zmieniła charakterystykę, dramatycznie spadła odporność, pojawiły się uczulenia? Kto musiał zmienić dietę, bo przy nałożonych obciążeniach narządy wewnętrzne nie dawały rady? Kto musiał raz w tygodniu badać krew, bo poprzedni zabieg nie do końca się udał? Kto w swoim mieście czuł się tak niepewnie, że w trakcie sezonu chciał się wyprowadzić? Kto przestał odbierać telefony, bo bał się, że to kibice, albo, co gorsza, dziennikarze? Kto jechał półprzytomny, bo portal radośnie ogłosił, że „jest tylko poobijany”? Co to, do cholery ciężkiej, w ogóle znaczy „tylko poobijany”?! Może tak pisać/mówić jedynie ktoś, kto nigdy porządnie nie wyglebił, albo chociaż nie dostał po pysku. „Poobijany”, kurde… czyli co – w pełni sił, tak? O opisywaniu spraw prywatnych nie wspominam, bo to poniżej akceptowalnego poziomu. Ale one są. I wpływają na zawodników, tak jak na wszystkich innych ludzi. Po jednej stronie mamy bardzo odważnych facetów, dzięki którym cała ta gra w ogóle funkcjonuje, a po drugiej jest rzesza obserwatorów – Kibiców, dziennikarzy i wszelkiej maści filozofów, którzy też mają odwagę, ale do rzucania gnojem. To my. I prawda jest taka, że zawodnicy nie muszą nas rozumieć, ale my ich powinniśmy. Mam wrażenie, że dziennikarze żużlowi miewają kłopoty z zachowaniem odpowiednich proporcji. Ja wiem, że jest walka o klienta, klikalność itd., że żurnalistom wolno sporo i coraz więcej, że wszystko ma kipieć od emocji. Ale według mnie są jakieś granice. Przestałem tu pisać w miarę regularnie po tekstach na temat przejścia Grzegorza Walaska do Gorzowa – tych o skakaniu, śpiewaniu i kibicach zielonogórskich rzekomo czekających na niego w rodzinnym mieście, by go pożreć. To było cholernie nie w porządku i nie dostrzegałem wtedy żadnego sensownego wytłumaczenia tego ostrzału. Teraz chciałbym jednak opublikować tu jeszcze kilka felietonów. Ten pierwszy z nich jest o szacunku i zachowaniu minimum przyzwoitości. I dostrzeganiu człowieczeństwa u żużlowców. Jak to jest możliwe, że komuś przechodzą przez klawiaturę teksty, w których zwodnicy nazywani są „kevlarmi”, albo „frajerami”. Że wybór kibiców odnośnie trenera Stanisława Chomskiego określa się „nieporozumieniem”, a Maciejowi Janowskiemu zarzucany jest brak charakteru? Noż kuźwa mać! Janowskiemu?!?! Brak charakteru? To jest jakiś absurd totalny. Naprawdę trzeba mieć złe intencje, żeby tak powiedzieć. A to są cytaty tylko z jednego, wybranego tygodnia! Dzień po barażu pewien redaktor pisze, że Woryna „nie zasłużył na lincz”… Ale ten sam człowiek pół godziny po meczu napisał, że „Woryna zawalił baraże!”, a 67 minut później inny kolega dodał na tym samym portalu, iż to „Woryna zawalił baraż”. Czymże to jest, jeśli nie prowokowaniem takiegoż linczu właśnie? Nie akceptuję tego. Tak po prostu nie wolno i nie chcę tu nawet uzasadniać, dlaczego, żeby nie musieć przytaczać najbardziej przykrych przykładów. To, co pisze się o innych ludziach, ma potężną siłę. Trzeba mieć tego świadomość i korzystać z niej nader roztropnie. Łatwo, naprawdę łatwo kogoś skrzywdzić. A z rozmów z zawodnikami wiem, bo rozmawiam z wieloma, że niektórzy nie są obojętni na te wpisy. Jak wszyscy ludzie – jedni zleją to z automatu, innym, bardziej wrażliwym, może to zatruć życie. A niektórym wyjątkowo lekko przychodzi rzucanie ciężkich słów… Nie jestem jakimś totalnym oszołomem i romantykiem, żeby wierzyć, że wszyscy nagle możemy zacząć budować coś pozytywnego, mieć dla siebie uśmiech, albo przynajmniej wyrozumiałość. Oczywiście tak się nie stanie, bo za dużo osób ma interes w tym, żeby nie było za wesoło. Ale są granice brawury i wg mnie tę granicę wyznacza przyzwoitość. Przynajmniej na jakimś elementarnym poziomie. Dotyczy to dziennikarzy, komentatorów, Kibiców i ludzi, którzy wyrażają opinie w komentarzach. I samych Zawodników także! Każdy może ten tekst przeczytać, lub nie, przemyśleć, lub nie, odpowiedzieć, lub nie. Skrytykować, zmieszać z błotem, albo wziąć się ze mną za łby – nie dbam o to. Chciałbym jednak, by potraktowano go, jako moją prywatną opinię, zaproszenie do dyskusji, a może jakieś nowe otwarcie. I bardzo serdecznie proszę o szacunek. Jak możemy wymagać go dla środowiska od innych, skoro sami mamy go dla siebie czasem tak niewiele? Darek, Ty masz niemal wszystko, żeby się udało: całe środowisko czyta Twój portal, masz najwięcej odsłon i komentarzy, to Ty w dużej mierze kreujesz atmosferę, w jakiej dyskutuje się o żużlu w polskich mediach. To wynik Twojej pracy i zaangażowania. Nikt Ci tego nie odbierze. Masz wiele możliwości, ale też i kilka obowiązków. W tym jeden najważniejszy – odpowiedzialność. Dźwigasz ogromną odpowiedzialność chłopie i im szybciej to do Ciebie dotrze, tym lepiej. Tak, jak do każdego z nas – Żużlowców, Kibiców, działaczy i dziennikarzy. Każdy powinien spojrzeć na siebie. Nie trzeba ciągle oczerniać, wyśmiewać, szczuć i prowokować. Wysysać z palca kwoty transferowe i publikować niesprawdzone informacje – to bez sensu, my – dziennikarze – powinniśmy to mieć na uwadze, bo to sprawa dla nas fundamentalna. Rzetelność. Spróbujmy może częściej wychodzić z negatywnego rejestru – ja postaram się nie dotknąć niesprawiedliwie nikogo komentując mecz, a potem może nie przeczytam, że frajerzy bez charakteru doją innych. Ależ byłoby fajnie! Ważyć słowa i epitety, bo to naprawdę ostra broń. Żeby było jasne – nikt mnie do tego felietonu nie zachęcał, nikt nie sugerował tematyki, a Jabol pewnie by mi urwał łeb, gdybym go uprzedził o takim zamiarze, bo to zbyt skromny typ. Piszę z poczucia obowiązku, bo wciąż wierzę, że jest sens. Że można zawalczyć o więcej serdeczności dla nas wszystkich. Jeśli chociaż jeden komentujący wyhamuje z inwektywami, bo pomyśli „kurczę, nie będę przeginał, facet to przeczyta i coś mu strzeli do głowy”, to już będzie wielki sukces. Bo dzisiaj każdy z tych zagotowanych Kibiców, który w komentarzach obraża innych, wybroni się bez problemu: „co wy chcecie ode mnie, skoro sami dziennikarze nazywają zawodników frajerami”? I będzie miał rację. Sezon się skończył, zaraz zacznie się napinka transferowa. Będzie ocenianie, dogryzanie, sugerowanie itd. A przede wszystkim traktowanie Zawodników, żywych ludzi, jak towary w sklepie: „ten jest do bani, nic nie wart, weźcie se go, my bierzem tamtego, z tego już nic nie będzie, ten jest sprzedawczykiem, to kevlar, albo frajer, złotówa bez charakteru, niech lepiej kończy karierę”. Mnie to już nie bawi. A chciałbym, żeby żużel mnie bawił. Naprawdę. Ktoś jeszcze chętny? Każdy żużlowy fan z Torunia powinien go kojarzyć. Niski wzrostem, wielki na torze. Wiesław Jaguś kończy 45 lat! Legendzie Apatora przesyłamy najlepsze życzenia i przypominamy ciekawe fakty historyczne z jego kariery. „Jagoda”, „Mały Rycerz” lub „Mały Wojownik”. Wiesław Jaguś to symbol przywiązania do drużyny i człowiek, który zapewnił Apatorowi konkretne sukcesy. Karierę żużlowa rozpoczął w 1992 roku. Zadebiutował przed własną publicznością 20 kwietnia. W pierwszym biegu pokonali go zawodnicy Motoru Lublin, Marek Kępa i Robert Birski. Taśmy dotknął Mirosław Kowalik i co za tym idzie Jaguś zdobył swój pierwszy punkt. W 2001 roku legenda Apatora wywalczyła z drużyną pierwszy złoty medal DMP. W decydującym meczu z Atlasem Wrocław (48:42 dla Aniołów), „Jagoda” zdobył 9 punktów i 3 bonusy. Para Jaguś – Tomasz Chrzanowski była prawdziwym postrachem wrocławian. Dwukrotnie przywiozła rywali na 5:1, a w biegu numer dziesięć rozdzielił ich Greg Hancock. Ostatecznie ekipa z grodu Kopernika wywalczyła tytuł. W 2003 roku wielu wierzyło w powtórkę. Jaguś był wtedy członkiem dream teamu. Rickardsson, Crump, Bajerski, Protasiewicz i pan Wiesław – wydawało się, że taki seniorski skład musi gwarantować sukces. Tymczasem po przegranym meczu w Częstochowie, Apator musiał zadowolić się srebrem, co rzecz jasna przyniosło spore rozczarowanie. Co nie udało się wtedy, wyszło torunianom w 2008 roku. Genialny Wiesław Jaguś przywozi 16+2 w Lesznie, a Anioły wygrywają na Smoczyku 49:41. W rewanżu było 47:43 i złoto na pożegnanie stadionu przy ul. Broniewskiego stało się faktem. W tym samym roku „Mały Rycerz” zajął z ekipą Marka Cieślaka drugie miejsce w DPŚ. Jeśli chodzi o cykl Grand Prix, to w sezonie 2007 Jaguś startował w nim jako stały uczestnik. Zapamiętamy przede wszystkim podium w GP Włoch na torze w Lonigo. Lepsi byli tylko Nicki Pedersen i Greg Hancock. Wiesław Jaguś zakończył karierę w 2010 roku. Na krajowej arenie najlepiej poszło mu w 1998 roku, kiedy to w Bydgoszczy zajął trzecie miejsce w finale IMP. Niektórzy powiedzą, że zabrakło mu wielkich sukcesów w turniejach indywidualnych, ale dla fanów z Torunia już na zawsze będzie legendą i symbolem „starych dobrych czasów”. W dniu jego 45. urodzin życzymy mu dużo zdrowia i wszystkiego co w życiu pozytywne! KONRAD MARZEC

kto nie skacze ten z torunia